Dolph Lundgren opowiada o pasji do technologii

Spotkaliśmy się z legendą kina akcji i nowym ambasadorem World of Tanks, Dolphem Lundgrenem, który okazał się fanem nowinek technologicznych. Kto by pomyślał?

Dawid Muszyński: Zostałeś ambasadorem World of Tanks, choć granie w gry to ostatnia rzecz, o którą bym cię posądził. Skąd taka decyzja?

Dolph Lundgren: Od zawsze uwielbiam czołgi, co można zobaczyć w większości filmów, w których występuję (śmiech). Okazało się, że nie jestem sam. Miliony ludzi na całym świecie dzielą zemną tę pasję, tyle że w świecie wirtualnym. Poza tym zawsze chciałem odwiedzić Mińsk, a ten ruch mi to umożliwił.

Ale nałogowym graczem to raczej nie jesteś?
Nie będę udawać, że jest inaczej. World of Tanks to chyba pierwsza gra, po którą sięgam dość regularnie i w którą nauczyłem się grać tak, aby rozgrywka miała jakikolwiek sens.
Choć mistrzem świata w nią nie jestem i raczej nigdy nie zostanę (śmiech). Jest to jednak super zabawa i nie mówię tak tylko dlatego, że mi za to płacą. Nie oszukujmy się, wizerunek to najcenniejsza rzecz, jaką posiada aktor. Musi korzystać z niej rozważnie i nie przyklejać swojej twarzy do byle jakiego produktu. Pod tym produktem jestem w stanie się odpisać w 100%.

Interesujesz się nowymi technologiami?
Tak, jestem wielkim fanem nowinek technologicznych. Zacząłem się nimi interesować w dużej mierze przez filmy science fiction, w których brałem udział. Jak choćby Uniwersalny żołnierz. Zawsze fascynowało mnie, dokąd zaprowadzi ludzkość rozwój technologiczny. W Mińsku widziałem gogle VR, które zrobiły na mnie kolosalne wrażenie. I tu mówię tylko o ich wyglądzie oraz potencjalnych możliwościach, jakie oferują. Sam jeszcze z nich nie korzystałem.

Czy jako aktor oraz producent widzisz przyszłość dla tej technologii w przemyśle filmowym?
Trudno powiedzieć. Nowinki technologiczne wykorzystywane w branży filmowej mają bardzo krótki żywot. Spójrz co się stało z telewizorami 3D, które były zapowiadane jako rewolucja kina domowego. Wydaje mi się, że wirtualna rzeczywistość będzie raczej modnym gadżetem niż nową formą oglądania filmów czy programów telewizyjnych w domowym zaciszu. Ludzie po pewnym czasie zdadzą sobie sprawę, że nie chcą aż tak bardzo separować się od otaczającej nas rzeczywistości. To jest dobre na 30 minut, a nie na kilka godzin. Wydaje mi się również, że nasze ciało nie jest przystosowane do tak dużej ilości bodźców dostarczanych w jednym czasie. Osoby, które będą nadużywać tej technologii, mogą później odczuwać problemy na tle nerwowym. Mogą być nadpobudliwe.

Wspomniałeś o tym, że telewizory 3D się nie przyjęły. Ale kino 3D przetrwało.
To jest zupełnie inna gałąź rozrywki. Ludzie traktują kino jako okazjonalną rozrywkę. Po za tym nie każdy film wyprodukowany w tej technologii sprzedaje się i dobrze wygląda. Ludzie zakochali się w 3D dzięki Avatarowi, ale trzeba pamiętać, że stworzono go z myślą o oglądaniu w specjalnych okularach. Duża część filmów nie powstaje w technologii 3D, a jest do niej jedynie konwertowana i to czuć podczas seansu. Ja osobiście, jeśli mam wybór, to skłaniam się w kierunku wersji 2D. Dla mnie kino tradycyjne jest jak książki, które od setek lat wyglądają tak samo i znajdują swoich wiernych fanów. Zawsze ktoś stara się je jeszcze bardziej uatrakcyjnić, wydając ebooki czy audiobooki, ale koniec końców i tak większość ludzi sięga po papierową wersję.

No dobrze, ale kino też się mocno zmieniło.
Czy ja wiem? Sposób kręcenia filmów od lat wygląda tak samo. Zmienił się tylko sprzęt, jest o wiele mniejszy. Dziś prawie każdy ma dostęp do kamery nagrywającej w jakości HD, a postprodukcję może zrobić na swoim komputerze. Jednak podstawy pozostały takie same. Aktorzy grają tak samo. Scenariusze powstają w ten sam sposób jak 20 czy 30 lat temu. Widzowie też chcą wciąż tego samego – rozrywki. To się raczej nigdy nie zmieni.

PODOBNE POSTY

Odpowiedz